Dalej jest
tylko strach

Thriller kryminalny
inny niż wszystkie

Patronat medialny

Książka na studiach

14 czerwca 2018

Przyszedł moment, gdy wyjechałem z mojego małego, rodzinnego miasteczka w „wielki świat”. Była to dla mnie, pod względem czytelniczym, prawdziwa eksplozja barw i smaków do tej pory nieznanych. Jako student zamiejscowy i o niskich dochodach na przysłowiową głowę w rodzinie, otrzymałem bez problemu miejsce w domu studenta. Zamieszkałem na czwartym, ostatnim piętrze, dość dużego akademika, prawie w centrum osiedla studenckiego – łódzkiego „Lumumbowa”. Ponieważ nie miałem kolegów z rodzinnego miasta na wybranym przez siebie kierunku studiów, zostałem losowo przydzielony do czteroosobowego składu jednego z 36 pokojów na najwyższym piętrze. Był październik 1983 roku. Postaram się w osobnym wpisie opowiedzieć Wam nieco o mojej aklimatyzacji w tym mocno specyficznym miejscu, wspaniałych osobach, które poznałem i szybkim przystosowaniu się do wielkomiejskich warunków życia. Teraz jednak wracamy do książek, bo to był pod względem czytelniczym dla mnie bardzo ważny okres. Pośród trzech kolegów, z którymi przyszło mi dzielić pokój, jeden okazał się molem książkowym. Dzięki niemu po raz pierwszy w życiu usłyszałem o kilku mistrzach pióra. Ponieważ R /tak go będę tutaj określał/ posiadał w domu wielką kolekcję książek, korzystałem z jego biblioteki pełnymi garściami. Zresztą nie tylko ja, dzięki niemu cała „nasza ekipa” mogła poznawać nieznane dla nas wcześniej rewiry literatury. Wracając do rzeczy. Jako kluczowe dla mojego studenckiego czytelnictwa, podam tylko dwa nazwiska pisarzy. Tych, którzy mnie urzekli swoimi książkami było oczywiście więcej, ale ci dwaj panowie wydają mi się najważniejsi. Twórczości żadnego z nich wcześniej nie znałem, ba nie wiedziałem nawet, że istnieją. Przed podaniem pierwszego autora muszę Wam coś wytłumaczyć. O tym nieznanym dla mnie wówczas twórcy, nie słyszał chyba nikt z osób czytających książki z naszego „czwartego piętra” akademika. Gdy przeczytacie za chwilę to nazwisko, ciężko będzie Wam w to uwierzyć- ale to prawda. Ten facet to JRR Tokien i jego największe, dzisiaj znane przez wszystkich, dzieła. Jego trylogia miała w Polsce /w czasie przeze mnie opisywanym/ najprawdopodobniej tylko dwa wydania. Dla mnie miłośnika fantastyki, lektura tych kartek była jak podróż na księżyc. Na początku, gdy zobaczyłem objętość pierwszego tomiska, które mi R przywiózł z odległego o sto kilometrów domu, popatrzyłem na niego z lekkim wyrzutem. Później musiałem używać wszystkich możliwych argumentów, by szybko wrócił po następne części. Te dzieła są tak wyjątkowe i wspaniałe, że dłużej przy nich nie będę się już zatrzymywał. Wszyscy je znają. Drugim nazwiskiem, które wstrząsnęło moim „czytelniczym wnętrzem” był Waldemar Łysiak. R przywiózł mi pewnego dnia niepozorną książkę polskiego pisarza zatytułowaną „Szachista”. Powiedział krótko: „spodoba ci się”. Miał oczywiście rację. W przeciągu następnych kilku miesięcy przeczytałem prawie wszystko co Łysiak wydał. „Szachista” to genialny historyczny thriller kryminalny – tak znajomy mi slogan został użyty w tym miejscu z pełną premedytacją. Zastanawiałem się wówczas, jak to możliwe, że o takim genialnym pisarzu niewiele się mówi. Łysiak poza tym, że wspaniale zaprojektował akcję swojej powieści, nadał jej wielkie tempo i niezbędną dramaturgię, kapitalnie osadził ją w historii początku XIX wieku. Książka dostarcza czytelnikowi bardzo intensywnych wrażeń. Szczegóły narracji są starannie dopracowane, ponieważ autor jest jednym z największych w Polsce znawców życia małego/wielkiego cesarza Francuzów i całej związanej z nim epoki. W „Szachiście” przedstawia niewiarygodną wręcz historię dotyczącą porwania Napoleona, do którego miało dojść w zamku szamotulskim. Rzecz najprzedniejsza z przednich. Kto wie, czy podświadomie nie zaszczepiłem sobie wówczas „z tyłu głowy” chipa z koncepcją napisania książki, gdzie fikcja tak miesza się z prawdą, że czytelnik nie jest w stanie tych dwóch „światów” rozdzielić.

Autora ulubione